Sex Pistols (Open’er 2008)

11/07/2008 By: Kenny Kategoria: Koncerty, Muzyka zagraniczna, Punk, Reportaże, Rock

CHARKY & SMARKY
mają zaszczyt z dumą zaprezentować
CHOCHOLI TANIEC TEKTUROWEJ WAŃKI WSTAŃKI

Sprawa od początku była jasna. Legenda muzyki. Ikona punk rocka. Przerażające dzieciaki z zepsutymi zębami, które rzuciły ot tak sobie od niechcenia wyzwanie całej zastanej scenie muzycznej lat 70. Owi bladolicy chłopcy, ojcowie gatunku znanego obecnie wszem i wobec jako punk, który udowodnił i natchnął niejakiego Jonasza Koftę do napisania, że śpiewać (i grać kilka akordów na rozstrojonych gitarach) każdy może, przyjeżdżają do naszego milutkiego zaścianka Europy. Wow! - zakrzyknęliśmy i czym prędzej zakupiliśmy wszelkie konieczne bilety, a nie były to tanie sprawy. O nie! By o wyznaczonym czasie, obarczeni zarówno bagażem podręcznym, jak i doświadczeń, przemierzając piękną naszą Polskę całą, ruszyć w kierunku Gdyni.

Jakoś udało nam się przetrwać pierwszy wyjątkowo nudny dzień gdyńskich zmagań festiwalowych, a nie było to łatwe, gdyż od środka niedającym się ugasić ogniem rozpalało nas oczekiwanie, zżerała niecierpliwość, tak, prawdziwa siła drzemała dla nas dopiero w dniu drugim, kiedy to równo o 23.50 ustawiliśmy się pod sceną, by z zapartym tchem wyczekiwać swych idoli, owych swego czasu bladolicych chłopców, którzy jak mieliśmy nadzieję, wreszcie pozbyli się wyprysków i zadbali o stan uzębienia.

Gdy z głośników popłynęły pierwsze takty jakiejś angielskiej wielce patriotycznej i podniosłej pieśni rozrywkowej z cyklu „znasz-li ten kraj”, oto wiedzieliśmy, że znaleźliśmy się we właściwym miejscu a występ dostarczy nam niezapomnianych wrażeń! Wszyscy wokół nas w mgnieniu oka zrozumieli dla kogo przejechali taki szmat drogi i znaleźli się w samym sercu Open’era!

Muzycy wyskoczyli na scenę jak Filip z konopi, wciąż tak pełni młodzieńczej werwy (ironia), by dać wielce porywający koncert zaginający czasoprzestrzeń (znów ironia), najbardziej jednak zaginając tym występem nas samych. W niczym bowiem nie zatracili swej aktualności (kolejnych wyrazów naszej jaskrawej i bijącej po oczach ironii nie będziemy już punktować). Wsze upływające lata wzmocniły ich przekaz i pozycję na rynku muzyki młodzieżowej (sic!). A tłumy podtatusiałych staruszków zgromadzone pod sceną dały temu wyraz swymi niezsynchronizowanym pląsami, wpatrzeni i zachwyceni wręcz fenomenalną wirtuozerią zespołu o pokaźnych gabarytach.

Przekaz „Punk’s not dead” już od pierwszych akordów „Pretty Vacant” stał się ciałem, co prawda nad wyraz opasłym (były wyjątki w postaci trzymającego się nad wyraz dobrze Glena Matlocka), jednak udowadniającym, że gitarzyści potrafiliby zagrać swe partie nawet z zamkniętymi oczami, skoro i tak nie byli w stanie widzieć strun swych gitar. Fenomenalni wirtuozi gitary nie dali szans reszcie występujących równocześnie z nimi artystów. Zespół wykonał zdecydowany milowy krok do przodu w trakcie swej niestety nieprzerwanej działalności. Łączący pokolenia chłopcy, pełni wręcz niezauważalnej momentami ironii względem samych siebie, nie za bardzo wyglądali jak w latach oszałamiających sukcesów i prosperity.

Zespół nie ugrzązł w przeszłości, wciąż stara się przemycić nowe treści – wyraźnie pełne kontestacji zadziorne hasło, owo wykrzyczane „Shut up, I’m cleaning” ma szansę stać się dwudziestopierwszowiecznym odpowiednikiem „God Save The Queen”, „No future!”, czy nawet jakże wielce trafnego w zaistniałej sytuacji wykrzyczanego „I’m so pretty, you’re so pretty”, by już na wieki wejść do słownika punkowych cytatów (przynajmniej naszego słownika na pewno). Siła przekazu i wygląd muzyków oszołomiła nas na chwilę i odebrała nam zmysły, właściwie to jasność myślenia. Jednakże bohaterowie wieczoru weszli w tak doskonałą interakcję z tłumem, jakby z wszystkimi tymi ludźmi znali się od przeszło 20 lat, ba! jakby wręcz wychowywali się z nimi na jednym malutkim podwórku.

Łącznikiem trzymania ręki na pulsie nowych trendów subkulturowych okazała się kraciasta koszula wokalisty, słynnego Johnny Rottena, gdyż wyraźnie nawiązywała do stylistyki muzyki grunge, przeszło 15 lat młodszej. Milowy krok stanowiły tu wpięte w nią agrafki, ów symbol charakterystyczny świetności punk rocka. Podczas gdy z baneru umieszczonego nad głowami muzyków szturmowały namiot, w którym odbywał się koncert, dwa kombajny, wręcz tnące gęste od zmrożonych z nim oczekiwań powietrze. Jeden zmierzał w jasno obranym kierunku „Nowhere”, drugi ku „Boredom” - i to zdecydowanie ten pierwszy miał więcej na liczniku.

Łobuzerski i zadziorny Johnny Rotten z iskrą w oku zdecydowanie miał już wszystkie zęby, które w nienagannym stanie wręcz oślepiały zgromadzoną nad wyraz licznie publikę, w tłumach której nawet wyjątkowo mała myszka niosąca pożywienie swym pociechom oczekującym w norce nie zdołałaby się przecisnąć ni o milimetr, ewentualnie gdyby tego dokonała, rychle zostałaby rozdeptana w pogującym tłumie. Punk żyje i ma się dobrze.
Pozostaje tylko wieszczyć zespołowi dalszą, jeszcze większą przyszłość, porównywalną z odrobinkę starszymi, lecz zdecydowanie lepiej zachowanymi dziadkami z Rolling Stones. Ów festiwal w sercu Europy, nasz rodzimy Open’er, dał temu wyraz. Wciąż bowiem na swój sposób są awangardą punkowych wartości, mimo iż zapewne w międzyczasie nauczyli się grać na swoich instrumentach. Występ dał dowód, jasny i wyraźny, że zespół wyważył swym własnym ciałem drzwi do nowego rozdziału w swej historii, udowadniając ponad wszelką miarę wszystkim niedowiarkom, że wszystko co do tej pory stworzyli nie było przypadkiem, ni nawet wstrętną pokrętną manipulacją ze strony obłudnego managera Malcolma McLarena. Było to bowiem odcinanie kuponów w pełnej krasie. I w jarząco ostrym świetle reflektorów.

Wciąż jednak są odrażający i uderzają w powszechnie przyjęte konwenanse. Mieliśmy tego dowód, gdy wyjątkowo krzywo patrzono na nas przy wygłaszaniu komentarzy dotyczących tego występu w miejscu, w którym następnego dnia spożywaliśmy posiłek (słynna i bliska naszym gustom kulinarnym Oliwka w Gdyni). Był to kolejny dowód, że Sex Pistols w swych działaniach nadal pozostają w opozycji do ogólnie przyjętych norm wyznawanych przez zwykłych obywateli naszego kraju nad Wisłą. Muzykom udało się zachować swą prawdziwą twarz, nie zatracili swego ja, ich naturalność nie zrzedła nawet o najmniejszy, nieuchwytny dla oka ton, nie brakło im ni grama, tego kim byli kiedyś. Nie dali się zmanipulować przyjętym normom. I chwała im za to.

Aż szkoda, iż zdołaliśmy wytrzymać na tym wspaniałym koncercie zaledwie 20 minut. Niektórych legend lepiej nie oglądać ze zbyt bliska.

Relację z występu Sex Pistols na Open’erze sporządzil Kenny z supportem Pitera

1 Komentarz »
  1. tymczasem w bunkrze Hitlera- JA JA, DAS IST WUNDERBAR!!!!! doprawdy, nie sądziłem, że w oparciu o tak ubogi materiał bazowy (najciekawsze były okoliczności jego powstania, hihi) uda Ci się wysmażyć tak obszerną, fajną reckę. Jak dla mnie jesteś miszcz, i szacun duży ode mnie! Podziękowania wielkie za ten czas nieutracony- bywaj zdrów Ty, i reszta ekipy:)

    Komentarz od pitapita — 12/07/2008 @ 23:13

Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URL

Dodaj komentarz