Ladytron – Velocifero (2008)

20/07/2008 By: Topielec Kategoria: 1CD, 2008, Album, Alternatywna, Elektroniczna, Muzyka, Muzyka zagraniczna, Newage

Ladytron – Velocifero (2008)ELEKTROPOPOWY JACHT WYPŁYNĄŁ
NA OCEAN INDUSTRIALNEGO NIEPOKOJU

Jeśli chodzi o moje zdanie, to koniecznie poznajcie najnowszą płytę Ladytron pt. Velocifero. Tylko wtedy będziecie się mogli opowiedzieć, po której stronie jesteście. Czy dla was ten album to popkulturowy szlam bez kwiecistych refrenów i granych skocznych poleczek, czy może wolicie oddać się melodii wielodźwieków o wszelkim natężeniu, gdzie trudno policzyć odgłosy dochodzące z każdej strony. A mimo wszystko nie pogubić się…

A z resztą, tym razem zrobimy tak, że zacytuję Wam dwie recenzje płyty, tej samej płyty, żeby nie było wątpliwości (niektórzy bowiem czaytając moga czuć się skołowani)…

Cytat pierwszy – Angelika Kucińska tak oto pisze na stronach Onet.pl:

Nie trzymają z nikim. Trafiają w różne gusta różnej publiczności. Wpisują się w trendy, jednocześnie zachowując zdrowy dystans do sezonowych, ulotnych rewelacji. Kompromis pomiędzy wyrazistym a uniwersalnym to pierwszy krok do nieśmiertelności. Ladytron zespołem wszech czasów? Gdyby jeszcze tylko mieli dobre piosenki.

“Velocifero”, czwarty album w dorobku damsko-męskiego kwartetu z Liverpoolu, nie jest płytą szczególnie przebojową. Mało tego: na poziomie kompozycji zwyczajnie rozczarowuje. Brakuje tym piosenkom charakteru, potencjału, konkretu, choćby kawałka uzależniającego refrenu. Wyjątki się zdarzają, ze cztery, w tym dwa naprawdę mocne. Reszta to electropopowe wydmuszki, nawet się nie spocisz.

Trzeba jednak przyznać, że przepięknie opakowane. Ladytron wiedzą, jak zachować szyk i klasę na parkiecie. Konsekwentnie wypuszczają albumy solidne, bo piekielnie stylowe. Jak to brzmi. Analogowy vintage, gustowne dodatki. Lodowata maniera śpiewających pań. A nawet industrialne naleciałości. Dekadencja jest glamour. “Velocifero” spodoba się fanom i Depeche Mode (chyba że co bardziej przewrażliwieni oskarżą zespół o plagiat – tu i ówdzie faktycznie mają powody), i Nine Inch Nails, i Chrisa Cornera, i ostatnich tanecznych sensacji z Paryża. Sekretem sukcesu są tu niewątpliwie współpracownicy. Płytę wyprodukowali Adriano Cintra, klawiszowiec Nine Inch Nails, i Vicarious Bliss, związany z francuskim labelem Ed Banger, który dał światu chociażby okrzyczanych Justice i Uffie.

Mogliby wybrnąć - dziś produkcja maskuje wszystko i nawet najwięksi zapomnieli, że wygrywa się piosenką a nie bajerami. Ale pozorne atuty zgubią Ladytron, ot, taki paradoks. Wiadomo, że to, co się umiarkowanie podoba wszystkim, nie może być wybitne. I z tej estetycznej mobilności wychodzą co najwyżej wysokie zdolności adaptacyjne – Ladytron są w stanie przetrwać każde czasy, modę na electro, indie prosperity, i tak dalej. Ale to jest survival na poziomie koniecznym, nie wynika z niego nic więcej poza zwykłą kalkulacją. Ladytron przytomnie szacują zyski i straty. A niby co parkietowe gorączki mają wspólnego ze zdrowym rozsądkiem?

Źródło: http://muzyka.onet.pl/10172,82402,recenzje.html

A teraz z innej beczki, spojrzenie z drugiego krańca oceanu, czyli Dominika Kujawska (coś szczęście mają dziś panie) i jej tekst z portalu NowaMuzyka.pl:

Nie rozumiem, dlaczego wcześniej nie pozwalałam sobie kosztować dźwięków spod dłuta Ladytron. Myślałam w ignorancji swej: ot kwartet damsko – męski z Liverpoolu, nihil novi. Ale wierzcie mi, słuchając ostatniego, czwartego albumu można pogubić buty z wrażenia.

Intro, wyszeptane matowym bułgarskim, pobudza jak czarna kawa w ducie z cytryną; tortura dla żołądka – uczta dla uszu. Ni w ząb nie rozumiem, o czym Mira Aroyo tak impulsywnie peroruje ale naprawdę nie szkodzi, bo aż boję się emocji, jakie wywołałyby we mnie te gładkie jak szkło dźwięki wespół z tekstową głębią. Ta ujmująca egzotyka pojawi się jeszcze w utworze “Kletva”, czyli swobodnej interpretacji na temat bułgarskiej dobranocki z 1972 r.

Ok, jestem oczarowana “Black cat”. Odtąd nieostrożnym krokiem wydeptuję grząską ścieżkę kolejnych utworów i … podśpiewuję (niestety, nie mogę się powstrzymać). Przedzieram się przez mgliste, poszarpane pejzaże (…There’s a Ghost in me…) i gęste od iluminujących, shoegazowych zakrętów szlaki (…I’m not scared to go home….).Włosy naelektryzowane mamrotaniem i regularnymi pulsacjami wokalu (…my little Runaway…), zaczepiają o syntetyczne, lepkie od cukierkowych inspiracji albumem Blonde Redhead “23″, gałęzie (…Season of Illusions, pocket full of doubts…). Stopy zapadają się w wilgotnej, przejmująco symbiotycznej wokalizie Helen Marnie i Miry Aroyo (…They gave you a heart, they gave you a name realised to the wild…) a oczy ranią stalaktyty poruszających z lodowatą siłą The Knife gwizdów i trzasków (…Predict the day the night’s never ending…). Miarowym krokiem zbliżam się ku stacji kolejowej (…we are Lovers…) i wsiadam do pierwszego nadjeżdżającego pociągu, dynamicznie sunącego po klawiszach keybordu (…Deep Blue I wanna give it all to you…). Zasypiam, budzi mnie smak pierzastej waty cukrowej, trochę zbyt słodkiej i mdławej (…Distance Versus Time…).

Podróż zakończona. Nie było łatwo powrócić z krainy czarów “Velocifero”. Padam na kolana

Źródło: http://www.nowamuzyka.pl/recenzje.php?id=1263

No i klops! Dwie recenzje, dwie różne bajki.

I ten rozbawiający fragment z pierwszej wypowiedzi, dotyczący melodyjnych refrenów jako wyznacznika jednoznacznie dobrej piosenki. Ubaw po pachy :)

Tracklista: Ladytron - Velocifero (2008)

  1. Black Cat
  2. Ghosts
  3. I’m Not Scared
  4. Runaway
  5. Season Of Illusions
  6. Burning Up
  7. Kletva
  8. They Gave You A Heart, They Gave You A Name
  9. Predict The Day
  10. The Lovers
  11. Deep Blue
  12. Tomorrow
  13. Versus
Brak komentarzy »

Nikt tego jeszcze nie skomentował.

Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URL

Dodaj komentarz