Coke Live Music Festival 2008, dzień 2

24/08/2008 By: Topielec Kategoria: 2008, Fotorelacje, Koncerty, Muzyka, Reportaże

Coke Live Music Festival 2008, dzień 2Ponieważ nigdy wcześniej nie byłem na organizowanym niemalże za płotem Coke Live Music Festival w tym roku wraz z Tynkiem i grupką znajomych wybraliśmy się na ten „event” - licząc na to, że jak będzie, tak będzie, ale będzie fajnie.

Czyżby jednak największa pomyłka tegorocznego lata z koncertami?

Napiszę tak – oceniając całość mogę stwierdzić – to była totalna porażka. Totalne olanie klienta, bo kimże innym są ludzie kupujący bilety, przez występujące zespoły i wykonawców. Coś takiego w formie płatnej imprezy? Litości – dużo lepiej bawiłem się na amatorskich występach młodych zespołów na tegorocznej Juliadzie, czy na krótkim koncercie Strachy na Lachy, czy też nawet na Skangurze towarzyszącym Pyromachinie.

Ale zacznijmy od początku.

Dzień drugi zapowiadał się w miarę interesująco. Było w czym wybierać. Trzy sceny – main, burn i coke. Sumarycznie 15 imprez muzycznych. Nieśpiesznie dotarliśmy na Coke koło godziny 20-tej. Zaobrączkowani i sprawdzeni przez ochronę weszliśmy na teren. A na terenie pusto. No dla mnie było pusto. Tynek wspomina, ze rok wcześniej było jeszcze mniej ludzi… No cóż, widać moje wyobrażenie o Coke było większe. Trudno. A może teren po prostu jest rozległy. I tłum się rozprasza przemierzając od sceny do sceny. A w alejce toy toyow – zero kolejek. Hmmm… albo za dużo tojków, albo… organizator przeszacował ilość chętnych…

20.00 – no to zobaczmy Seana Paula. Pierwsze wrażenie, ze albo ja mam coś ze słuchem, albo nagłośnienie jest takie, żeby było gloso słychać, ale niekoniecznie wyraźnie. Coś ciężko szedł ten koncert. Więc mała przerwa dla nas na Colę i przeszliśmy na scenę Coke.

Coke Live Music Festival 2008, dzien 2

21.00 – The cars on fire – miłe chłopaki z gitarkami grające dynamiczny rock z brytyjskimi naleciałościami. W sumie słucha się tego miło. Niestety The Cars mało się wyróżniają czymkolwiek, a śpiewając po angielsku (znów nagłośnienie: głośno ale niewyraźnie) nie rozpaliło publiki.

Coke Live Music Festival 2008, dzien 2 

Namiot więc, jak napisze, że w połowie był pełny, to będzie nadużycie. Połowa połowy może. Garstka ludzi bawiących się i skaczących do rytmu przy scenie. Luzik ogólnie, ale bez wielkiego zachwytu… więc nieśpiesznie, ale jednak skierowalismy się ku głównej scenie, na Missy Elliot. Co okazało się błędem…

Coke Live Music Festival 2008, dzien 2

Po drodze jednak zahaczyliśmy o burn stage – przy djskich setach bawilo się lepiej i więcej ludzi. Namiot właściwie pełny, choć bez tłoku. Na ścianach wizualizacje video, rytmy klubowe. Przeciętne raczej. Jak na taką imprezę – myślę sobie – to powinno być ciekawiej. To co grali to raczej gdzieś w klubie od 3 w nocy.

22.00 – Missy Elliot zaczyna. O ja cię. Totalna olewka. 30 minut mija, a zdyszana wokalistka wykonała ze 3 utwory nawijając gadkę po murzyńsku-angielsku. I love Poland. Hand Up. Make some noise. Nuda. Wraz z nami sporo osób uciekało.

23.00 – Ratunek dla CLMF przyszedł wraz z występem Sokoła i Pono.

Coke Live Music Festival 2008, dzien 2 

W Coke stage tłoczno, namiot wypchany, wszyscy się bawią, i to nie ważne, czy przybrysione abs-y, czy goście z kolorowymi irokezami, czy grzeczne dziewczynki (pozdrowienia dla młodej! Dała pary z siebie!). Słowa bez cenzury, doskonały kontakt z publicznością. Impreza od początku do końca skoczna, dynamiczna, gorąca. Chłopaki bisowali nawet, przywołani skandującą publiką.

Coke Live Music Festival 2008, dzien 2 

A gdy już zeszli ze sceny, gdy przygaszono światła i leciały utwory z płyty CD – większość ludzi bawiło się dalej. Lecz wszystko co dobre ma swój koniec.

Coke Live Music Festival 2008, dzien 2

24.00 – A żeby tego było mało, na koniec się rozpadało. Tynek trochę depresyjnie i trochę zmizerowany spoglądał kątem oka na Prodigy. Gwiazdę tego dnia dla niektórych. Dużo osób kupiło bilety tylko dla Prodigy. I trzeba przyznać, że pod sceną działo się działo. Ludzka masa falowała w spontanicznej zabawie. To nic, ze padało za kołnierz… Prodigy trzymało poziom. Bez jakiegoś durnowatego gadania, bez lenistwa, po prostu muzyka. Energia.

Dwie rzeczy były dobre na CLMF.

Ale nie obie równocześnie. Dla niektórych Sokół i Pono to było to, dla czego warto było iść. Dla innych wspomniane wyżej Prodigy. Pozostałe (obejrzane) występy były albo przeciętne muzycznie, albo sączyło się z nich totalne „olewanie” festiwalowiczów. W związku z powyższym cała impreza bardziej przypominała jakiś nieudany festyn niż dobry festiwal. I ja na pewno (a Tynek i reszta też zastrzegli), że w 2009 omijamy Coke szerokim łukiem. Bo lepiej iść na jeden wybrany koncert, niż na „takie coś”.

Mogę tez napisać o jednej rzeczy, która dla nas była gwoździem Coke 2008. Był to.. Koncert Madonny z „Confession Tour”, zarejestrowany w Londynie i wydany na DVD. 110 minut wielkiego spektakularnego Show przez wielkie S. Coś niesamowitego. O pokazującego jaka jest wielka przepaść między dobrym koncertem, a CLMF. Zaczęliśmy Madonną i skończyliśmy Madonną. W sumie – mogliśmy nigdzie nie wychodzić…

A o samym koncercie Madonny napiszę innym razem…

Tymczasem w niedzielny wieczór na TVN i w Sopocie niesamowieta retrospekcja - back to 80’s - musicie to obejrzeć!

Brak komentarzy »

Nikt tego jeszcze nie skomentował.

Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URL

Dodaj komentarz