Jarocin 2008 (praca nagrodzona)

30/09/2008 By: Topielec Kategoria: 2008, Nagrodzone, wyróżnione..., Reportaże

Przedstawiamy nagrodzoną w pierwszym konkursie pracę - reportaż z Jarocina 2008. Autorce gratulujemy zwycięstwa i zachęcamy do udziału w kolejnych konkursach, które już niebawem będziemy organizować.

Autorce przyznajemy główną nagrodę, która prześlemy poczta.

Czytelników portalu zaś zachęcamy do przeczytania poniższego reportażu:

Jarocin 2008 

Wybór wakacyjnego festiwalu z roku na rok staje się coraz poważniejszym wyzwaniem. Zgodnie z powiedzonkiem dla każdego coś miłego otrzymujemy obecnie rokrocznie festiwalowy zawrót głowy. Nie ma się czemu dziwić skoro w puli następujących niemal jeden po drugim, tydzień w tydzień, a czasem nawet w tym samym czasie, znajdują się Open’er, Jarocin, mysłowicki Off, Creamfields, krakowską Coke Music Festival, Przystanek Woodstock, Reagge Festiwale w Bielawie i Ostródzie, płocki Audioriver, nie wspominając już o wielu pomniejszych – i raz jeszcze zaznaczmy tu z naciskiem – jedynie w same wakacje! Niby od przybytku głowa nie boli i nic tylko przebierać, wybierać, lecz i tak ów wybór stojący obecnie przed widzem/słuchaczem/miłośnikiem muzyki/po prostu młodym człowiekiem zapiera wręcz dech w piersiach… Co wybrać? – taka myśl kołacze się po głowie. Wybór nie do końca z mojej winy, mimo iż zaważyły tu również względy geograficzne, padł na Jarocin…

Relikt trudnej przeszłości, rykowisko wokół którego krąży chmara niebezpiecznych ludzi (czyt.: narkomanów, przestępców, pijaków i innych skorych do rozróby), rozboje i różne takie – oto Jarocin Festiwal w oczach wielu. I nawet zdania w stylu: „Uwierz, obecnie to już nie to samo”, nie były w stanie rozwiać narosłego przez lata złego nastawienia, gdyż - o zgrozo! - do niedawna i sama biedna ja tak to widziałam… Aż tu nagle „chcesz, nie chcesz - jedziesz” i pielęgnowane w sobie od kilkunastu lat poglądy legły w gruzach w przeciągu zaledwie trzech dni. A jak? Wystarczyło tam być, patrzeć i przede wszystkim słuchać, bo muzyka tu wszak winna grać - nomen omen - pierwsze skrzypce…

Być… Trafić nietrudno - miasto zostało ostrzałkowane i oklejone plakatami, miejsce oznaczone, teren ogrodzony. Pole namiotowe serdecznie i szeroko otwiera swoje bramy, okoliczni mieszkańcy udostępniają ogródki pod camping, a co szczęśliwsi mogą pomieszkać u znajomych (niniejszym naszym bardzo serdecznie dziękujemy). Zresztą Jarocin Festiwal, to nie tylko scena za parkiem (plus druga mała dla młodych zespołów, którym w tym roku wydano również kompaktową składankę), ale i wystawa w ratuszu, filmy w kinie i centrum spotkań w parku miejskim – widok niezwykły…

Patrzeć… A jest na co - różnych i różniastych ludzi można tutaj spotkać: kolorowe osobistości, osobliwe osobowości; Staruszki za ogrodzeniem, a maluszki na terenie festiwalu; młodzież tę młodsza i młodzież tę starsza; małolatów, którym udało się wyrwać z domu, czy stateczne rodziny, które „bywają”. I absolutnie nie jest to chmara, której się trzeba bać, a raczej szczególna grupa ludzi, których łączy wyjątkowe upodobanie do muzyki. Tutejszy klimat zaskakuje bardzo pozytywnie. Szczególnie te dzieci, dzieci, dzieci – Dzieci Jarocina – dla których zorganizowano nawet festiwalowe przedszkole i wyprodukowano malutkie t-shirty w kolorze czerwonym z powyższym nadrukiem, aż serce rośnie kiedy się widzi takie sceny, rodzice, kiedyś bywalcy dawnego Jarocina z pociechami u boku, na barana, czy na rozłożonych tu i ówdzie kocykach ?

Słuchać… W końcu to festiwal muzyki… Jakiej? Trudno zamknąć w jednym czy dwóch słowach to, co przygotowali dla publiczności organizatorzy i wykonawcy. Różnorodność muzyczna zaskakuje i zachwyca (mnie przynajmniej). Jarocińska scena zmieniała brzmienie niczym obrazy w kalejdoskopie, musząc się dostosować do rzeczywistości i wymogów marketingu, więc jestem przekonana, że każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Dla wielu był to festiwal wspomnień, dla niektórych szansa na poznanie nowego i nieznanego, z której nic tylko skrzętnie korzystać…

W niekoniecznie telegraficznym, choć czasem jednak mimo wszystko takim, skrócie było tak:

Waglewscy – jak dla mnie zaczęli ten festiwal w pięknym stylu, rodzinnie, acz po męsku (rodzinne muzykowanie nabrało tu wyjątkowo nowego znaczenia), śmiem twierdzić, że w brzmieniu nawet lepszym niż na płycie, która jak się zdaje miała być zaledwie swego typu eksperymentem, młodzi ustąpili pola seniorowi rodu, Emade za perkusją, Fisz tylko od czasu do czasu przestając grać na gitarze i podchodząc do mikrofonu. Waglewski po raz kolejny udowadnia, że jest jedną z nielicznych na polskim rynku muzycznych postaci potrafiących znaleźć się w najprzeróżniejszych konfiguracjach i niemal w każdej muzyce (swoją droga może nic tylko czekać na jakiś klubowy hit z jego wokalem?)

Przemyk – ot, gwiazda mimochodem, obecna na scenie i pod nią przez dwa pierwsze dni festiwalu (także w sobotnich Zakazanych piosenkach), właściwa kobieta na właściwym miejscu, która niby statycznym występem porwała za sobą całą publiczność. Zdecydowanie postać o której jednak jakby cicho w ostatnim czasie. Największy zawód koncertu – brak Kasi Nosowskiej w Kochana, mimo nawoływań tysięcy gardeł i mimo faktu, że Nosowska była następna w kolejce do wyjścia na scenę, ale „Babę zesłał Bóg” – wykonane na bis – zmyło uczucie niedosytu w mgnieniu oka.

Nosowska – koncert, zdaniem jednych statyczny, zdaniem innych po prostu „Kasiowy” (szczególną uwagę u właściwie nie ruszającej się ani na milimetr od mikrofonu Nosowskiej wzbudziła jej suknia wieczorowa, skryta jednak skrzętnie pod wyjątkowo długim płaszczem – oraz pytanie nie dające nam spokoju do dziś – jakie miała buty? Kto widział, kto wie, niech da znać, czekam), najjaśniejszy punkt to jedna z piosenek wykonana wspólnie z chórem Verbus Unitis z Turku, wzruszająca i poruszająca, szczególnie w „miganej” zwrotce, aż szkoda, że tylko jeden utwór…

Brett Anderson – choć początkowo wydawać się mogło, że wybór niezbyt trafiony, jego ostatnią płytę wypełniały bowiem właściwie tylko i wyłącznie pościelówki o miłości dla trzydziestolatek ze złamanym sercem, czemu wyraźnie dala odpór w początkowej fazie dość nielicznie zebrana pod sceną publika, wkrótce jednak, wraz z powrotem do hitów macierzystego Suede, Brettowi o kocich ruchach udało się jednak rozkręcić nawet tę zorientowaną bardziej rockowo publikę.

Vavamuffin – trudno było ustać w miejscu i chyba nikt nawet nie próbował, bo i po co skoro ze sceny dobiegają rytmy pełne pozytywnej energii (dzięki nim zrozumiałam, że lubię regge, a przynajmniej tę mutację gatunku, która oni prezentują).

Lao Che – chciałoby się powiedzieć „wiadomo”, ale może nie wszystkim, więc powiem, że zdecydowanie warto posłuchać.

Grabaż i Strachy na Lachy – „Zakazane piosenki”, czyli coś starego po nowemu i na dodatek z wokalnymi gośćmi specjalnymi (Gutek, Przemyk, Budzyński, Spięty) – podróż sentymentalna dla jarocińskich bywalców, lekcja historii dla młodzieży niewyedukowanej w temacie i przemyślenia w głowie jak to kiedyś potrafiono napisać piosenkę o czymś, która po wielu latach wciąż jawi się aktualna… Genialne, dwukrotne – z dwoma różnymi wokalistami - wykonanie „Idzie Wojna” Siekiery wyjątkowo zapadło mi w pamięć… Nic tylko czekać na album – zapowiadana premiera już we wrześniu, mimo iż promuje go jednak chyba niezbyt dobrze dobrany singiel: „Pastelowe” Malarzy i Żołnierzy, cóż, musi być wszak radiowo, a to chyba jedna z nielicznych piosenek zaprezentowanych nam na tym koncercie, która tak właśnie swego zamierzchłego czasu zaistniała dla którejś tam mutacji oryginalnego zespołu…

Asian Dub Fundation – energia w czystej formie, fenomen dźwięku, majstersztyk przekazu, spektakl brzmieniowej potęgi… nic oprócz ochów i achów powiedzieć nie potrafię – nie dało się odejść od sceny mimo uporczywie padającego deszczu… dało się tylko stać, chłonąc i podskakiwać w otaczającym zewsząd kokonem ciał tłumie, który stał się jednością (jakkolwiek głupio to stwierdzenie tu nie zabrzmi)… Największa wada występu? Trwał bodajże 50 minut…

Blood Red Shoes – zaledwie dwie osoby, tak niewiele potrzeba do zagrania porywającego koncertu, który skłonił mnie wyjątkowo do poszukiwania nagrań tego nieznanego mi wcześniej duetu… takie White Stripes tyle że z Wysp…

Muchy – czyli gospodarz festiwalu, ba! ich lider, Michał Wiraszko był dyrektorem artystycznym tegorocznej odsłony, czyli człowiek jak najbardziej miejscowy, dzięki czemu mogli sobie pozwolić na dodatek z silnym wsparciem „Dzieci Jarocina” w postaci „Mówię ci że…” TILTU, który to zespół zresztą wystąpił zaraz po nich, wzbudzając swymi starymi utworami prawdziwą erupcję publiczności…

The Subways – szczerze przyznaję - całego koncertu nie widziałam i szczerze mówię - żałuję; kilka ostatnich utworów pokazało, że zespół dobrze wie gdzie i po co jest… tak wygląda rock i szoł w najprawdziwszej postaci.

Kult – doskonałe brzmienie, publiczność absolutnie porwana (nawet ci, którzy cały dzień deklarowali, że Kultu jakoś nie lubią ruszyli w tan), bardzo dobry – czyli można powiedzieć właściwie zwyczajny, dwugodzinny koncert już legendy polskiej muzyki, wypełniony hitami sprzed lat, ale tego typu rzeczy chyba nikomu tłumaczyć nie trzeba. Kto kiedykolwiek był, wie…

Po dwóch dniach notorycznego wystawania lub wyskakiwania pod sceną, zazwyczaj z aparatem w ręce (tu przepraszam tych, którym zasłanialiśmy) i biegania po polu festiwalowym w celu udokumentowania zaobserwowanych osobliwości, człowiek prawem natury z sił opada… Dlatego przyznaję uczciwie, że wiele koncertów niedzielnych mniej lub bardziej celowo umknęło naszej uwadze, by zgromadzić siły niezbędne na Kult. A potrzeba ich było wiele, żeby sprostać wymaganiom narzuconym przez zespół – no bo jak tu nie uczestniczyć aktywnie skoro muzyka w ucho wpada, szumi w głowie, porusza serce, klaszcze w dłonie i podrywa nogi…

I choć ziewanie na koniec koncertu Kultu jest niemal niepoprawne politycznie (tu przepraszam wszystkich za swoje skandaliczne zachowanie), to absolutnie nie wynikało ono z atmosfery finałowego koncertu – raczej z wielości festiwalowych emocji, muzycznych doznań i jarocińskich wrażeń…

Festiwal więc niepowtarzalnie przeżyty, niezapomnianie zapamiętany i wielokrotnie wspominany. Pozostaje czekać do przyszłego roku, gdyż relikt przeszłości zdecydowanie trzyma się nieźle, może nie jest już oparty na tym, na czym w latach swej świetności, ale… po odświeżeniu i przeszczepieniu w inne warunki, w tym również ekonomiczne, jest tu miejsce dla wszystkich. Jak stwierdził wspomniany już wcześniej Michał Wiraszko: „Nie wymagajmy od ludzi, żeby na festiwalach wchodzili na barykady. Dzisiaj barykady rozmontowuje się innymi narzędziami”. I wiele w tym racji, szczególnie, że czasy się zmieniają…

Katarzyna Drozdowska

Komentarze: 2 »
  1. I ten felietonik wygrał ? To jakie były inne ? zawiedziony

    Komentarz od sethcracow — 01/10/2008 @ 11:05

  2. Zapraszam do udziału w kolejnych konkursach, gdy tylko zostaną ogłoszone. Zawsze chętnie przyjmiemy bardziej profesjonalne a ciągle amatorskie prace. Będzie wtedy się można też sprawdzić w - jakby nie było - rywalizacji. :)

    Komentarz od SK — 01/10/2008 @ 13:54

Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URL

Dodaj komentarz