CLMF 2009 - Dzień 2 (piątek)

Ponad połowa moich ziomów wyjechała z domów tam, nie po to by łapać słońce

Gwiazdą drugiego dnia (wieczoru) była połowa dolara czyli 50 cent… I właściwie występ ten na CLMF 2009 to moim zdaniem najgorszy koncert jaki się przydażył, przynajmniej dnia drugiego. Wszystko w moim odczuciu było lepsze tego dnia, ale po kolei…

Święcie przekonany, że spóźnię się (wraz z wesołym autobusem pełnym uczestników festiwalu) na koncert Abradaba. No i spóźniłem się, tyle, że na koncert Ostrego. A O.S.T.R. w pełnym słońcu to coś pięknego, założył ciemne okulary i nawet do słońca rapował. Atmosfera więc podwójnie gorąca. Bo dzień gorący i promienie słońca grzały całkiem mocno o tej porze. A po drugie jak zwykle Ostry rozruszał publikę samemu prezentując niewyczerpany potencjał.

Oczywiście przekazał też kilka hiphopowych mądrości. O miłości. O kupowaniu płyt. O domach dziecka. No i nie obyło się bez fristajla… Czyli jak zwykle włąściwie, kto lubi Ostrego ten się dobrze bawił. Kto nie znał, ten poznał - i też się dobrze bawił. Ostry uściskał publikę, podał ręce przy barierkach, pobiegał troszkę blisko ludu - kontakt nawiązał.

June na Coke Stage zaczęli jeszcze jak Ostry grał. Ten zespół kilku muzyków prezentował dość specyficzne brzmienia. W dusznym od nagrzanego powietrza namiocie raczej niewielu ludzi fascynowało się dość… specyficznymi brzmieniami (pisałem już, że brzmeili specyficznie?). June zakończyli występ prawie przed pustką… Nie mieli szczęścia, jeśli festiwal - to powinni wybrać troche inny… Taki, ze specyficznymi brzmieniami.

Gentleman na Main Stage to reggae wraz z towarzyszącym zespołem. Jak dla mnie bez większej rewelacji. Podobnie chyba myślała większa część festiwalowiczów bo w tym czasie oddawali się oni uciechom kupowania smakołyków (oscypki z grilla, prażone migdaly, gofry, hotdogi, pizze, kiełbaski, piwko i cola). Pas byłego lotniska zmienił się w ruchliwą trasę. Ludzie zaglądali na Burn Stage, gdzie grałą jakaś muzyka. Ale mało kto przystawał by potańczyć. Za to pole leżakowe zapełniło się błyskawicznie…

Łąki Łan zadziałał jak wielki magnes. Publika przyszła obejrzeć przebranych za owady muzyków. Obejrzeć i posłuchać. A gdy już pszczółki zagrały, gdy już brzęczenie się zaczęło to namiot szybko się zapełnił. Łąki Łąn zagrał ostro, dynamicznie, z werwą i bardzo energicznie. Pozytywna energia poruszyła poblikę. Zabawa rozpoczęta. I trwała. I trwała. I trwała. I był bis. I niesamowita wrzawa i aplauz. Ta dziwna formacja chyba zebrała najgorętsze owacje ze wszystkich tego wieczoru. I powiem szczerze - należało im się.

Lupe Fiasco na Main Stage to takie małe fiasko. Cośtam śpiewał. Cośtam nawet ludzie się bawili. Ale dużo więcej wolało wylegiwać się na trawce, prowadzić dysputy czy plątać się po terenie w oczekiwaniu aż coś się wydarzy. Owszem, przed sceną dość sporo ludzi. Ale jak na dużą scenę to nie aż znów tak sporo, bo można było podejść dość blisko ( a Łąki Łan skończył gdy Lupe Fiasco już za połówą wstępu był).

Junior Stress na Coke Stage przyciągnął za to publikę, która wypełniała i wypełniała namiot aż szczelnie go zapełniła. Całkiem miłę reggae. Całkiem fajne wykonanie Konstytucji znanego niektórym Lecha Janerki. Bardzo udany występ.

50 cent.  O tym pisałęm już na wstępie, to nie będę się powtarzał.

Warszafski Deszcz to zamknięcie tego dnia festiwalu. I jak to bywa na koncertah hiphopowych - dobry kontakt z publiką reagującą żywiołowo. Było dobrze.

Dzień drugi to dla mnie zwycięstwo rodzimych muzyków nad wykonawcami zagranicznymi. Wszystkie polskie formacje, zespoły, wokaliści prezentowali się wyśmienicie i dawali to czego publika oczekuje najbardziej - doskonałą rozrywkę. Dużo lepszą niż megagwiazdy zagraniczne festiwalu. A zadowolenie uczestników widać było po twarzach. Z innych rozrywek to pomijając oczywiście te planowe jak XBOXy i inne, dużą popularnością cieszyły się duże naklejki z Toi Toi, które okazało się że można łątwo zdjąć i nakleić na koszulkę. Wraz z biegiem czasu coraz więcej Toi Toi stało nagich,a coraz więcej ludzi nosiło (dumnie!) niniejsze oznaczenia. Drugą zabawą, która przerodziła się w spontan były akcje proekologiczne i zbieranie kufli plastikowych oraz wymiana ich na gadżety w eko-punktach. Więc pojawił się klan zbieraczy, oraz klan oddawczy zbieraczom pustych plastikowych kubków. Spotkałem też jednego “entuzjastycznego inaczej” tancerza (na Warszafskim Deszczu”). Spontan polegał na tym, iż człowiek ten bardzo chciał się bawić ale gdyby nei okoliczna publika i ścisk to pewnie by się przewrócił. Zakłądam, że przedawkował napoje i nie mam tu na myśli Coca Coli.

Dzień minął pod znakiem reggae i hiphopu. Tanecznie i dynamicznie. Przed nami jeszcze sobota, dzień trzeci…

Brak komentarzy »

Nikt tego jeszcze nie skomentował.

Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URL

Dodaj komentarz