Marina - HardBeat
Pamiętacie jak było kiedyś? Kiedyś wydawane były płyty, których można było słuchać wiele razy. Wracać do nich po latach i dalej rozkoszować się tekstami i melodią. Kult. Perfect. Inne dinozaury. Wydawali płyty, które się pamiętało. Kochało. Teraz? Teraz podobnie jak w literaturze, gdzie nastąpiła makulaturyzacja, w muzyce jest… jakby to nazwać, hm? Ciężko znaleźć nowe słowo w pełni oddające to co się dzieje. W każdym bądź razie jednym uchem nam wpada, trwa przez sezon i wypada. Kto pamięta jakie przeboje były hitem rok temu? Ja, z racji tego, że się tym troszkę interesuję może przypomniałbym sobie parę utworów z tzw. kanonu muzyki rozrywkowej.
Lana Del Rey - Born to die (2012)
Nostalgicznie o miłości i śmierci.
O smutku, miłości, uczuciach i śmierci. O pocałunkach, wakacjach, białym T-shircie, grach komputerowych i międzyludzkich relacjach. O grze w bilarda. O perfumach. O życiu. Lana Del Rey hipnotyzującym głosem uwodzi słuchacza w świat, którego nie wyobrażaliśmy sobie, że istnieje. I to, że istnieje tak blisko. Wystarczy, że ktoś zaśpiewa. Ktoś posłucha. Magiczna kraina dźwięków otworzy się i pochłonie.
Dwanaście wspaniałych utworów tworzy album pełny tęsknoty za tym co przeminęło, co się zmieniło. Kilka z nich na pewno słyszeliście – od pewnego czasu grają je niemal wszędzie. Born to die, Video games czy Blue jeans królują na YouTube czy w stacjach radiowych (nie wszystkich, nie każdy zagra Lane – może nie pasować do ramówki).
